Z plecakiem

Izrael – Grudzień 2018

Od jakiegoś czasu nosiliśmy się z zamiarem wyjazdu na kilka dni, od takie zrobienie sobie małego przerywnika od pracy, domu i co by nie powiedzieć pogody. Ta w Polsce jak się okazało później była całkiem niezła jak na grudzień, no ale Tel-Awiw ze swoimi 25 stopniami i tak wygrywał.

Planowanie jak zawsze w moim przypadku polegało na wybraniu miejsc docelowych wraz z rezerwacją noclegów i sprawdzeniem możliwości transportu między miastami. Nieoczekiwanie doszedł jeszcze jeden punkt, o którym zapomniałem – wymiana mojego paszportu z racji jego nieważności, a do tego wymiana na wszelki wypadek paszportów dziewczynek, których nie dało się już rozpoznać na zdjęciach. Pechowo był to czas kiedy wchodziły nowe wzory i istniało ryzyko, że nie zdążą na czas. Koniec końców się udało i chyba na tydzień przed wyjazdem paszporty były gotowe.

PLAN WYJAZDU:

  • Jerozolima
  • Betlejem
  • Tel-Awiw
Dzień I. Wrocław -> Tel-Awiw

Powiem tak, nasz zakaz handlu w niedzielę ma się ni jak do tego jak obchodzi się Szabat w Izraelu. Aby się nie doktoryzować dodam, że w tym czasie, mniej więcej od piątkowego zachodu słońca do sobotniego zachodu Żydzi i to nie tylko Ci ortodoksyjni po prostu nic nie robią – odpoczywają. Przekłada się to na funkcjonowanie całego Państwa o czym mieliśmy się przekonać już po wyjściu z lotniska.
Nie przypadkowo o tym wspominam, bo nasz samolot lądował właśnie w piątek ok. 12 na lotnisku Ben Guriona i zanim odebraliśmy bagaż, i przeszliśmy odprawę celną zrobiła się godzina prawie 14 no i czasu do odjazdu ostatniego autobusu linii AFIKIM (linia nr 485, platforma G obok wejścia nr 1) było naprawdę mało. Co więcej, dokładna godzina rozpoczęcia Szabatu też jest dosyć umowna i gdybyśmy nie zdążyli na autobus do Jerozolimy, no to byłoby nieciekawie i dość drogo. Aha pociągi w Szabat nie kursują już od piątkowego ranka. Jedyne opcje na dostanie się z lotniska gdziekolwiek w czasie Szabatu to skorzystanie z prywatnych taksówek i busów, które są obsługiwane przez Muzułmanów. Każda z tych opcji jest już znacznie droższa. Nas autobus kosztował tylko albo aż 16,9 NIS/os.

Gdzieś w Jerozolimie

Do Jerozolimy jechaliśmy coś ok. 1h w czystym, porządnym autokarze (praktycznie byliśmy w nim sami). Widoki za okna nie były jakoś specjalnie powalające, ale im bliżej celu tym ten krajobraz stawał się bardziej surowy, mniej zielony i taki „blisko wschodni” jeśli można tak uogólnić. Nie wiem dlaczego, ale nie wysiedliśmy na przystanku przy głównym dworcu kolejowym (gdzie powinniśmy, bo można tam przesiąść się na jedyny tramwaj i dojechać do bram starego miasta – link do lokalizacji przystanku) i wjechaliśmy autobusem dalej w głąb żydowskiej części miasta. W pewnym momencie zostaliśmy tylko my i jakaś inna para turystów. Decyzja była prosta… wysiadamy tu i teraz. Na początku byliśmy trochę zdezorientowani, bo ludzi dookoła nie było, teren był pofałdowany, a my przecież z plecakami i wózkiem, no ale po sprawdzeniu lokalizacji na google maps (offline) stwierdziliśmy, że nie jest źle. Co prawda do przejścia było jakieś 4 km z buta do naszego hostelu (przy Bramie Damasceńskiej), ale za to przechodziliśmy przez tę część nowej Jerozolimy, której nie mieliśmy w planach m.in. część rządowa z Knesetem. Otoczenie, które mijaliśmy było bardzo „zachodnie”. Ulice czyste, uporządkowane, ludzie jeździli zgodnie z przepisami. Tam też zderzyliśmy się z ciemną stroną tej części świata, bo na głównych skrzyżowaniach stali żołnierze z długą bronią maszynową. Co ciekawe jeden z takich żołnierzy z „AK-47” pod pachą podszedł do nas i zapytał, czy nie potrzebujemy w czymś pomocy.

Ciekawostka: zaobserwowałem, że karetki pogotowia nie mają czerwonego krzyża ani czerwonego półksiężyca tylko czerwoną Gwiazdę Dawida.
Pokój w hostelu

Nasz hostel „New Palm Hostel” miał jak dla nas rewelacyjną lokalizację no i cenę (505 zł za dwie noce). Znajdował się już w części arabskiej obok dworca autobusowego (HaNevi’im Terminal) i Bramy Damasceńskiej – odległość ok. 150m. Jego minusem, co widać na załączonym zdjęciu była z pewnością jakość. Nam ona nie przeszkadzała tym bardziej, że nie przyjechaliśmy tu z nastawieniem na przesiadywanie w pokoju. Dodam jeszcze, że żadnego robactwa, syfu ani grzyba nie było, a w nocy było spokojnie. Była nawet wspólna sala gdzie dzieciaki mogły swobodnie się pobawić swoimi zabawkami na trochę większej przestrzeni niż nasz pokój.

Tego wieczoru zdążyliśmy jeszcze rozejrzeć się w sąsiedztwie za jakąś knajpą i poszliśmy bez większego planu na nocne zwiedzanie Starego Miasta. W zasadzie to gdyby nie knajpy arabskie to tego dnia w ogóle byśmy nic nie zjedli, no bo Szabat. Aha.. takie kwestie jak: czy było bezpiecznie, czy da się z wózkiem zwiedzać i czy jedzenie było ok postaram się przybliżyć pod koniec tego wpisu w podsumowaniu. Na tę chwilę tylko powiem, że było zacnie.

Stacja drogi krzyżowej

Spacer po Jerozolimie nocą był strzałem w dziesiątke. Puste uliczki, praktycznie zero turystów. Było czuć klimat tego miejsca. Bez zbędnej spiny zobaczyliśmy większość atrakcji. Nawet dziewczynki były zainteresowane nowym miejscem, ludźmi i zabawkami na arabskich straganach. Co do ludzi to trafiliśmy w punkt, bo akurat jak spacerowaliśmy to Żydzi (różnej „opcji”) wracali z nocnej modlitwy. Dla nas było to naprawdę duże wydarzenie ponieważ z bliska mogliśmy obserwować różne „odłamy” Judaizmu, co było pięknie widać na podstawie ubioru tych ludzi.

Dzień II. Jerozolima

Plan zwiedzania:
Bazylika Grobu Pańskiego -> Dzielnica Ormiańska i Góra Syjon -> Dzielnica Żydowska -> Ściana Płaczu -> Góra Oliwna -> Via Dolorosa ->Bazylika Grobu Pańskiego.

O klaustrofobicznym pokoju w naszym hostelu nie ma co się rozpisywać, a tym bardziej nie było sensu z rana jakoś długo w nim spędzać czasu to też po śniadaniu ruszyliśmy na miasto. Tutaj może warto wspomnieć o kwestii śniadania, szczególnie jak albo czym żywić dzieci w tym kraju. Nasze akurat jedzą prawie wszystko (łącznie z tatarem i oliwkami) więc problem w zasadzie teoretyczny. Strzałem w dziesiątke okazały się arabskie piekarnie i sklepy. Dzieciom strasznie posmakował lokalny chleb (jakiś taki przyjemny w smaku, no i tani) oraz humus. Tym to się zajadały jak lodami na Sycylii. Do tego zawsze z rana na straganie, który był pod naszym hostelem kupowaliśmy owoce i warzywa i w zasadzie to było naszym śniadaniem.

Przed hostelem

Za dnia Jerozolima również robiła wrażenie, ale nie ma co ukrywać, że liczba turystów robiła swoje. Miejscowi, co prawda mówili, że o tej porze roku to turystów prawie nie ma, ale i tak czasami ciężko było manewrować wózkiem wśród tłumu i na dodatek w wąskich uliczkach. Nie zmienia to faktu, że z wózkiem się jak najbardziej da.

Teraz ważna rzecz. Jeżeli ktoś szuka sacrum we wszystkich ważnych dla Chrześcijan i nie tylko dla nich miejscach to może się zawieść. Wszystkie święte miejsca są traktowane jak kolejny punkt do odhaczenia. Wszechobecny jest gwar, selfisticki, sweetfocie itp. Aaa, jeszcze pielgrzymki, które moim zdaniem też wzbudzają raczej uśmiech niż jakąś refleksję (sami zobaczycie dlaczego).

Bazylika Grobu Pańskiego.
Właśnie do niej przedzieraliśmy się wąskimi uliczkami przez tłumy turystów i miejscowych. Dodatkowe utrudnienie sprawiali pątnicy, którzy szli Drogą Krzyżową, a także stragany z dewocjonaliami, jedzeniem i zabawkami. Szczególne te ostatnie sprawiały, że nasza starsza córka czasami nie chciała iść dalej.
Do samej bazyliki nie weszliśmy za dnia, bo stwierdziliśmy, że lepszy klimat będzie jednak wieczorem przed jej zamknięciem (godziny zamknięcia są różne latem i zimą, warto zapytać strażnika przed wejściem). Tak też zrobiliśmy i faktycznie ludzi było mało, przede wszystkim było ciszej. Przyjemny półmrok i różne kadzidła sprawiały, że przynajmniej ja czułem się tu dobrze. Bazylika jest dość spora i według mnie chaotyczna, na każdym kroku coś jest, co dla Chrześcijan jest ważne (polecam zejść do podziemi). Wózek zostawiliśmy przy wejściu bez żadnego dozoru inaczej byłoby ciężko (strome schody, wąskie przejścia). Zwiedzanie Grobu Pańskiego wiąże się ze staniem w kolejce (ok. 30-40 min), to samo jeśli chodzi o Golgotę. Sam grób jest mały i wąski dlatego trzeba wziąć dziecko na ręce, a i tak nie jest łatwo. Nie ma tam miejsca i czasu aby na chwilę dłużej się zatrzymać, a tym bardziej zrobić zdjęcie (niektórzy próbowali).

Wskazówka: Ludzie z dziećmi wchodzą bez kolejki. Nie wiem, czy to reguła, czy nam się udało, ale strażnik sam do nas podszedł i wpuścił przed wszystkimi (dwa razy!).
Dodatkowo polecam obejrzeć sobie odcinek „Boso przez świat” Cejrowskiego, bo fajnie gada i daje wskazówki jak zwiedzać pewne miejsca.
Bazylika Grobu Pańskiego

Dzielnica Ormiańska i Góra Syjon
Jeżeli ktoś z Was nie lubi gwaru, a nadal chce poczuć atmosferę starej Jerozolimy to według mnie dzielnica ormiańska jest w sam raz. Przede wszystkim uliczki są szersze, co nie jest bez znaczenia dla przemieszczania się z wózkiem, a do tego brak jest straganów i w zasadzie ludzi, no i zdjęcie spokojnie można zrobić!. Zaznaczę jednak, że nie wiem jak jest w inne miesiące, bo może latem wszystko wygląda tak samo.
Co do małej ilości ludzi to moja teoria jest taka, że w stosunku do innych części starówki ta nie jest tak spektakularnie bogata w zabytki – symbole, co nie oznacza, że nic tam nie ma. Między innymi godna uwagi jest cytadela, Kościół św. Jakuba, czy Brama Syjońska. Pójcie w tę cześć miasta po zatłoczonej dzielnicy chrześcijańskiej (to ta z m.in. Bazyliką Grobu Pańskiego) było niezłym pomysłem, bo dzieciaki w końcu swobodnie mogły sobie pochodzić i dzięki temu można było je czymś zainteresować, coś poopowiadać. Niestety posiłek sobie tam podarowaliśmy, bo cenowo to nie na naszą kieszeń.
Po przejściu przez Bramę Syjońską mamy niezły widok na Dolinę Cedronu i Wzgórze Oliwne. Kawałek dalej docieramy już do Wieczernika i grobu Dawida. Pierwsze miejsce nie zrobiło jakiegoś mega wrażenia, ot takie zwykłe pomieszczenie na piętrze z tłumem ludzi. Dość ciasno i po schodach więc wózek trzeba sobie zostawić na dole. Fajnie było z kolei na dachu gdzie widok na miasto – głównie już część Palestyńską był całkiem niezły. Grób Dawida to z kolei jak by nie było miejsce intensywnych modlitw Żydów więc nie zwiedzaliśmy jakoś szczegółowo z szacunku dla modlących, a i chyba nie było za bardzo czego zwiedzać. Jak już się jest w okolicy to można zobaczyć jeszcze Kościół Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny.
Jednak na mnie największe wrażenie zrobiła grupa młodych ludzi (taki na oko I rok studentów), którzy zupełnie normalnie ubrani (niektórzy nawet w sandałach) chodzili z długą bronią maszynową przewieszoną na ramieniu. Podczas drogi do dzielnicy żydowskiej widzieliśmy jeszcze kilka takich grup i moja Magda zagadała z jednym takim „turystą”. Okazało się, że są oni na ćwiczeniach z przysposobienia wojskowego, a broń jest jak najbardziej prawdziwa i nabita ostrą amunicją.

Jerozolima – dzielnica ormiańska

Dzielnica Żydowska i Ściana Płaczu
Nie skupialiśmy się na tej części jakoś specjalnie. W zasadzie najbardziej ciekawe z naszego punktu widzenia było wejście na dachy i podziwianie widoku na Wzgórze Świątynne. Robiliśmy to pojedynczo, bo nie było opcji aby wózek się zmieścił, a nasza młodsza córka postanowiła sobie zasnąć. Sam dach okazał się czymś w rodzaju „placu” gdzie miejscowe dzieciaki się bawiły, ba nawet w piłkę grały, a i turystów prawie w ogóle nie było. W tej części miasta też nie zjedliśmy, bo Szabat jeszcze trwał i wszystko było pozamykane, ale z tego co widziałem to cenowo było grubo!
Ściana Płaczu w zasadzie jest po sąsiedzku, ale aby do się niej dostać to trzeba pokonać sporo schodów w górę i w dół, a do tego jeszcze kręto i wąsko. No i mamy jeszcze taką atrakcję, która nazywa się punkt kontrolny. W skrócie – odprawa lotniskowa ze skanem bagażu i człowieka. Latem pewnie kolejki są tu piękne:) Nam znów się udało z dziećmi przejść poza kolejką, ale na moje czekania w niej było może ok 5 min.

Wskazówka: lepiej pilnować w tym miejscu dzieciaki aby zbytnio nie szalały, bo ortodoksyjni Żydzi mogą być naprawdę nie przyjemni podczas zwracania im uwagi.
Widok na Wzgórze Świątynne i Ścianę Płaczu

Góra Oliwna i Via Dolorosa
Nie bylibyśmy sobą jakbyśmy czegoś nie schrzanili. Nauczony błędami powinienem wiedzieć, że moje skróty drogowe nie są w cale skrótami, ale o tym co się wydarzyło będzie za moment. Zacznijmy jednak od początku.
Polecam wszystkim spacer wzdłuż murów Jerozolimy, które od strony doliny Cedronu i Góry Oliwnej wyglądają imponująco (blisko 11m wysokości). My zaczęliśmy tę wędrówkę od Bramy Gnojnej (Bab al – Maghariba) i podążaliśmy wzdłuż głównej ulicy Derekh Ha-Ofel mijając kolejno m.in. grobowiec Maryi, Kościół Wszystkich Narodów, czy nieco w dole skupisko grobowców z I w n.e.
Mniej więcej na wysokości Kościoła Wszystkich Narodów zaczyna się ostre podejście pod górę, które sprawia również duże problemy przy zejściu w dół podczas drogi powrotnej. Jest to o tyle istotne, że idąc tam z wózkiem trzeba mieć niezłą kondycję i być ostrożnym. Nie powiem Wam ile zajęło nam podejście, bo my akurat w tym miejscu poszliśmy inną drogą (o zgrozo za poradą Polek) – Jericho Road. Ponoć miało być szybciej i z łagodniejszym podejściem, ale okazało się z goła inaczej. Nie dość, że weszliśmy w głąb dzielnicy arabskiej gdzie było widać jak na dłoni mur oddzielający Izrael od Palestyny to jeszcze zmuszeni byliśmy iść przez cmentarz! Może nie byłoby to aż tak straszne, gdyby nie to, że starsza córka zasnęła we wózku, a młodsza w nosidle. Były padnięte więc nie można było ich dobudzić, a szczególnie tej starszej. Musieliśmy tachać ten wózek góra – dół z nią w środku i dodatkowo meandrować między nagrobkami – masakra. Nie polecam tej drogi z dziećmi 🙂
Mimo wszystko warto tam wejść dla samego widoku. Nam udało się tam być przed zachodem słońca i paleta barw była niesamowita. Dla spragnionych orientu dodam, że można sobie na miejscu pojeździć na wielbłądzie.
Na stare miasto wróciliśmy od strony Bramy Lwiej gdzie z grubsza zaczyna się droga krzyżowa. Postanowiliśmy się nią przejść, bo nie było już turystów i zapadał zmrok więc tak jak w dniu poprzednim spacerowało się bardzo przyjemnie. Nie ma sensu moim zdanie robić tej trasy za dnia i przepychać się pomiędzy tłumami ludzi. Nic nie zobaczymy, a będziemy się tylko denerwować. Nie muszę dodawać, że z dziećmi i z wózkiem ta pora również wygrywa.

Wskazówka: Jak będziecie przy stacji nr III to warto sprawdzić, czy akurat nie jest otwarta, bo tak się składa, że kaplica tej stacji została ufundowana przez Polaków. Nam znów się udało i zdjęcie ze środka znajdziecie w galerii.
Meczet Al-Aksa i Góra Oliwna w tle
Dzień III. Betlejem i Tel-Awiw

Jak wspominałem wcześniej nasza miejscówka była o dwa kroki od dworca autobusowego (HaNevi’im Terminal), z którego odjeżdżały autobusy m.in. do Betlejem. Moim zdaniem nawet jeśli nie znamy numeru autobusu to nie musimy się przejmować ponieważ znajdziemy go bez większych problemów. Otóż na dworcu dominują głównie Palestyńczycy więc kolejka, w której stoi duża ilość turystów to ta do właściwego autobusu.
My korzystaliśmy z lini nr 231, która omijała checkpoint na granicy. Bilety kosztowały nas coś ok. 5,9 NIS/os. przy czym nasze dzieciaki jechały za darmo. Bez problemu też spakowaliśmy wózek do luku bagażowego.
Betlejem to w zasadzie przedmieścia Jerozolimy dlatego podróż nie trwała zbyt długo, nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że jechaliśmy nie dłużej niż 1h.
Autobus wjeżdżał do samego centrum miasta, ale nie zatrzymywał się na dworcu tylko było trzeba wysiąść na jednym z przystanków. Również z tym nie było problemu, bo kierowca i pasażerowie łamanym angielski dawali do zrozumienia, że to właśnie tutaj trzeba się ewakuować. Niby byliśmy tylko 13 km od centrum Jerozolimy, a świat dookoła zupełnie inny. Dobrze nam znany choćby z Maroka. Duży tłum i towarzyszący mu gwar, wszechobecny nieład, trąbiące na wszystko i wszystkich samochody. Również i zabudowa z większym „polotem” i „fantazją”. Od razu po wyjściu oblega nas tłum taksówkarzy i prywatnych przewoźników, którzy oferują nam najtańszy w mieście przejazd do Bazyliki Narodzenia Pańskiego, mimo iż to spacerkiem ok. 30 min. Niestety z racji wózka jesteśmy nagabywani ze zdwojoną siłą, no bo jak to tak aby z dziećmi na pieszo chodzić. Pomijając ich natręctwo byli zawsze mili i bardzo grzeczni kiedy im się odmawiało.
Droga do bazyliki nie jest skomplikowana, ponieważ z grubsza cały czas idzie się po prostej. Dla tych co z dziećmi to wspomnę, że jest tylko jedno w miarę łagodne podejście pod górę więc bez obaw. Fajne było to, że tego dnia zaczynał się adwent i sezon bożonarodzeniowy był już w pełni, czego nie dało się przeoczyć. Palmy, słońce nad nami, temperatura ponad 20 stopni, a zewsząd do naszych uszu docierają tak przyjemne dźwięki „Jingle Bells”, „We wish you a Merry Christmas” itp. Pełno też Palestyńczyków poprzebieranych za skrzaty i świętych Mikołajów, a przed samą bazyliką jarmark bożonarodzeniowy z polskim stoiskiem!
Sama bazylika dość surowa i zewnątrz mało okazał. Turystów też jakby mniej. W zasadzie jest to kompleks, który składa się z dwóch kościołów – katolickiego i obrządku wschodniego, w którym to znajduje się miejsce narodzin Jezusa (lepszy opis znajdziecie pewnie w Waszych przewodnikach). Muszę przyznać, że całe to miejsce było czyste, uporządkowane, jednym słowem zadbane. Zupełnie lepsze wrażenie niż kościoły w Jerozolimie.
Podobnie jak w Bazylice Grobu Pańskiego wózek zostawiliśmy przy drzwiach. Kolejka do groty narodzenia na ok. 2h stania! Ze względu na małe dzieci zostaliśmy wpuszczeni bez konieczności czekania i to od razu przed same miejsce narodzenia (oznaczone gwiazdą). Tu zdecydowanie było więcej miejsca i czasu niż w grobie Jezusa.
Gonił nas czas więc musieliśmy sobie odpuścić większe zwiedzanie miasta. Moim jednak zdaniem oprócz bazyliki to za bardzo nie ma tu co robić. Wpadliśmy jeszcze na kebaba i po chwili byliśmy już w autobusie do Jerozolimy. Mała dygresja w tym miejscu: gwiazdą wyjazdu okazuje się być sok z granatu!

Ulice Betlejem

Na głównym dworcu kolejowym przy, którym zatrzymuje się jedyny w mieście tramwaj bez problemu kupiliśmy bilet do Tel-Awiwu. Praktycznie co 30 min jedzie pociąg w tamtym kierunku. Bilet o dziwo i do tej pory nie wiem dlaczego kosztował tylko 5 NIS/os. (dzieci za free). Sam przejazd to niewiele ponad godzina z jedną przesiadką na lotnisku Ben Guriona. Wózek stał w przejściu razem z bagażami, a przy każdym siedzisku było gniazdko więc bez problemów można choćby naładować telefon; wi-fi ok.
Ze względu na naszą miejscówkę (przez Airbnb) nie wysiadaliśmy na głównym dworcu tylko trochę wcześniej. W tym przypadku również mieliśmy wrażenie, że jesteśmy zupełnie w innym świecie. Nie orientalnym, czy blisko wschodnim, a przy najmniej bardzooo zachodnim. Zewsząd otaczały nas biurowce, co by nie powiedzieć drapacze chmur. Do naszego mieszkania musieliśmy dojechać autobusem jego numer udało mi się ustalić wcześniej na stronie komunikacji miejskiej. Niestety większe problemy były podczas jazdy, bo nazwy przystanków były wyświetlane po hebrajsku. Znaleźli się oczywiście życzliwi pasażerowie, którzy poprosili kierowce aby dał nam znać, że mamy wysiąść, ale ten okazał się bucem i gdyby nie to, że miałem odpaloną mapę offline to byśmy jechali sobie dalej.
Nasza miejscówka znajdowała się przy ul. Ben Yehuda 31 raptem 5 min od plaży. Mimo zmęczenie postanowiliśmy wybrać się na krótki spacer na plażę. Tak się złożyło, że tego dnia rozpoczynała się Chanuka i udało nam się poświętować z miejscowymi w knajpce przy promenadzie.

W pociągu do Tel-Awiwu
Dzień IV. Tel-Awiw -> Wrocław

Ostatni dzień dopisał pogodą, bo już od rana termometry wskazywały 25 stopni mimo, iż mamy trzeci dzień grudnia!
Nie mieliśmy ambicji zwiedzania miasta, a szczególnie Jafy. Głównie dlatego, że chcieliśmy się nacieszyć słońcem i odpocząć. Plan na dzisiaj to niespokojny spacer bulwarem wzdłuż plaży. Wylot dopiero o 21.
Z racji z tego, że nie zwiedzamy to skupie się na opisie plaży i jej infrastruktury. Jest to idealne miejsce dla dzieci. Mniej więcej co 500m znajdziemy plac zabaw, plaże szerokie i czyste dlatego dzieciaki będą wniebowzięte zabawą w piasku. Woda o tej porze roku była zdatna do kąpieli więc bez strachu kiedy Wasze dziecko się zmoczy. Toalety i prysznice to standard. Wzdłuż plaży ciągnie się promenada z przyjemnymi knajpkami gdzie mimo wszystko aż tak drogo nie jest. My śniadanie zjedliśmy właśnie na bulwarze jedząc bułki, oliwki i humus, który kupiliśmy w jednym z wielu w okolicy supermarketów.
Wzdłuż ulicy Ben Yehuda można znaleść sporo knajp z wszelaką kuchnią, ta typowo żydowska zaczynała się od ok. 60 zł za danie (pewnie można znaleść tańsze, ale nam się nie udało).

Ciekawostka: na plażach są znaki ostrzegające przed tsunami.

Na lotnisko dotarliśmy podobnie jak wczoraj do naszego mieszkania – autobusem miejskim (ok. 5,9 NIS/os.) oraz pociągiem. Kupując bilety doznałem lekkiego szoku ponieważ tym razem skasowali nas 13,5 NIS/os. to o tyle dziwne, że na lotnisko jest blisko ok. 20 min jazdy z tej stacji, na której byliśmy. Kasjerka niby wyjaśniła, że to dlatego, że wczoraj jechaliśmy z przesiadką, ale mimo wszystko jestem sceptyczny jej wyjaśnieniom.

Wskazówka: dotarcie ze stacji kolejowej na lotnisku do odpowiedniego terminalu zajęło nam 30 min.
Plaża w Tel-Awiwie
Podsumowanie

Koszty:
– bilety lotnicze: 2.100 zł (Ryanair),
– ubezpieczenie: 150 zł (AXA),
– noclegi: 505 zł (Jerozolima x 2 noce), 675 zł (Tel-Awiw x 1 noc),
Przejazdy:
– autobus „państwowy” z lotniska do Jerozolimy: 16,9 NIS/os.,
– bilety komunikacji miejskiej (w tym do Betlejem): 5,9 NIS/os.,
– pociąg do Tel-Awiwu z Jerozolimy (z przesiadką): 5 NIS/os.,
– pociąg z Tel-Awiwu na lotnisko: 13,5 NIS/os,
Jedzenie:
– jedzenie w barze arabskim dla 4 os.: ok. 110 NIS,
– jedzenie w lokalu żydowskim dla 4 os.: ok. 160 NIS,
– piwo w arabskim sklepie: 15 NIS,
– piwo w arabskim lokalu: 28 NIS,
– piwo na plaży w Tel-Awiwie: 38 NIS.

Ogólnie rzecz biorąc Izrael, a szczególnie Jerozolima to miejsce wielu kontrastów. Na pierwszy rzut oka całkiem normalny kraj, a jednak wszechobecne patrole, kontrole działają na wyobraźnię. Przez cały jednak ten czas nie czuliśmy się nie swojo. Powiedziałbym wręcz, że dzielnica arabska, w której mieszkaliśmy, czy też Betlejem wydała nam się bardziej przyjazna i swojska.
Duże wrażenie na mnie jak na mojej żonie zrobiła Jerozolima z całym tym tyglem religii i narodowości. W zasadzie mógłbym powiedzieć, że to jest kilka równoległych, zupełnie różnych światów tuż obok siebie. Czasami wystarczyło przejść na drugą stronę ulicy i było się zupełnie w innym otoczeniu.
Co do odczuć religijnych zgodnie stwierdziliśmy, że ciężko je znaleść w tym mimo wszystko tłumie ludzi. Wszech obecny błysk fleszy, gwar w tym nie pomaga. Wiedzieliśmy jednak gdzie jedziemy dlatego absolutnie nie jesteśmy tym faktem rozczarowani.
Na pewno mogę polecić zwiedzanie starego miasta w Jerozolimie po zmroku. Cisza spokój, chwila dla siebie. Wszystko wygląda jakoś inaczej i można poczuć klimat tego miejsca.
Na temat Tel-Awiwu się nie wypowiadam, bo byłem tam zaledwie jeden dzień. Widać jednak, że to kosmopolityczne miasto.
Co do podróżowania z dziećmi to jest ono łatwe i przyjemne. Za przejazdy w zasadzie nie płacą, wpuszczają nas bez czekania w kolejkach i z reguły wszyscy traktują nas jakoś lepiej. Wózek to nie problem, aczkolwiek czasami trzeba się namęczyć – głównie chodzi o podejścia pod wzgórza.

Przydatne linki

Lotnisko Ben Guriona – https://www.iaa.gov.il/en-US/airports/bengurion/Pages/default.aspx
Autobusy AFIKIM – https://www.bus.co.il/otobusimmvc/Afikim
New Palm Hostel – http://newpalmhostel.com

Zobacz również:

Znajdziesz nas na YouTube:
https://www.youtube.com/channel/UCboCS3vAUWp9n8D-JLTILWg?view_as=subscriber

Galeria

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.